Po
trzecim zwycięstwie On zostawił nas w spokoju, a my nareszcie
mogliśmy opuścić swoje klatki po siedmiu godzinach siedzenia w
nich. Można klaustrofobii dostać. Każdy wrócił do swojego pokoju
i zrzucił swój rynsztunek używany w walce. Ja zostałam w swojej
fioletowej sukience i z Tibbersem pod pachą pobiegłam do pokoju
Amumu.
Mieszkał
w pomieszczeniu pod schodami, które służyło kiedyś za składzik.
Chcieliśmy dobudować mu jakąś kwaterę na piętrze, ale nie
zgodził się, mrucząc pod nosem, że bywało gorzej i takie małe
pomieszczonko w zupełności mu wystarczy. Tuman jeden i pacan, ale
nikt nie miał zamiaru się z nim sprzeczać, bo każdy wie, co się
dzieje kiedy Amumu denerwuje się. Lub gorzej – smuci. Do tej pory
ciarki mnie przechodzą.
-
Jak tam? - zapytałam pogodnie.
-
A jak ma być? Znowu przesiedziałem w klatce całą rozgrywkę –
spojrzał na mnie, a w jego oczach można było widzieć
zakłopotanie. - Ale nie przejmuj się, przywykłem.
-
Jasne, ty przywykłeś do wszystkiego i nie chcesz sprawiać kłopotu.
Dlaczego ty taki jesteś?!
Amumu
pokręcił głową i usiadł na łóżku. Spojrzał na mnie i
poprawił bandaż na ręku.
-
Czasami zapominam, jak młoda jesteś. Zapominam jak młody ja
jestem. Albo stary…
W
holu rozbrzmiał dzwon, który przerwał nam tą dziwną rozmowę.
-
Chodź! Obiad mamy!
Złapałam
Amumu za rękę i szarpnęłam nim. Pobiegłam korytarzem, ale
zauważyłam, że mój kolega wydaje się być dość lekki.
Odwróciłam się i zauważyłam, że on dopiero wyszedł z pokoju,
trzymając się za ramię. Spojrzałam w dół i z przerażeniem
stwierdziłam, że wyrwałam mu rękę w stawie. Pisnęłam
przerażona i wypuściłam kończynę z dłoni, a pod wpływem
impulsu wywołałam Tibbersa. Niedźwiedź zaczął ryczeć i
zasłonił mnie swoim wielkim, półtonowym cielskiem. Odwagę by
podejść miał jedynie Volibear, który złapał Tibbersa w barach i
zaczął się z nim przepychać. Wokół nas zrobiło się małe
zamieszanie. Wciągnęłam smarka, który zwisał mi z nosa i
zaklęłam Tibbersa w pluszowego misia. Volibear, tracąc oparcie,
przewrócił się, zataczając na Sonę, która – w przeciwieństwie
do mnie – nawet nie pisnęła, patrząc z przerażeniem na
upadającego na nią wielkiego miśka. W ostatniej chwili Blitzcrank
przyciągnął ją do siebie, ratując jej życie. Lewe ramię Amumu
znalazła Soraka i z triumfalnym okrzykiem połączyła je z resztą
ciała właściciela.
-
No dobrze, nic się nie stało – zawołała Lux i klasnęła w
dłonie. - Idźcie wszyscy na obiad. Darius i Draven naharowali się
w kuchni, zanim przyrządzili coś zjadliwego.
-
I zanim cokolwiek ugotowali, zapewne zostawili w niej niezłe
pobojowisko – zawołała Fiora z końca korytarza. - Ciekawe czyim
geniaaalnym pomysłem było powierzenie kuchni tym dwóm pół mózgom
i ciekawe kto wpisał mnie oraz Jaxa na wieczorny dyżur w kuchni i
na stołówce, by posprzątali po tych dwóch braciszkach od siedmiu
boleści i ugotowali kolację?
-
Taki jest grafik i nie zamierzam go zmieniać, jasne? - odparła Lux
z lekką irytacją.
-
Jak słoneczko, promysiu.
Zanim
dziewczyny skoczyły sobie do gardeł, między nimi pojawił się
grzyb. Obydwie jakby zamienione w kamienne posągi zastygły z nogami
wiszącymi nad zielonym kapeluszem i powoli wycofały się, mierząc
wrogimi spojrzeniami. Dodatkowo Lux zniknęła za plecami Tarica i
Garena, a Fiora została wzięta pod ramiona przez Dr Mundo i
Gravesa.
Teemo
zabrał swojego grzyba i podszedł do mnie i Amumu. Jedynie
uśmiechnął się i dał mi kolejne ptasie piórko, tym razem
niebieskie. Przyjęłam podarunek i we trojkę udaliśmy się na
stołówkę.
W
kantynie stało mnóstwo stołów i stolików, przy których wszyscy
musieli się zmieścić. Yordle siedzieli zawsze przy wysokich
stołach, by obsługujący nas dyżurni nie musieli się schylać. Ja
jadałam zawsze z nimi, bo czułam się lepiej w towarzystwie kogoś,
komu mogłam spojrzeć w oczy, a nie dekolt. Niektórzy dorośli (a
zwłaszcza kobiety) nie rozumieli, że jestem jeszcze dzieckiem, a
takie ciekawe widoki nie są dla moich młodziutkich oczu.
Do
naszego stolika podszedł Darius w siatce na głowie i niebieskim
fartuchu. Wyglądał przekomicznie ze swoją zwyczajną groźną
miną, kiedy ustawiał talerze. Jego podopieczni dali nam sztućce, a
większy Sługus podszedł z garem pełnym śmierdzącej starymi,
przepoconymi skarpetami szarobrązowej brei. Darius złapał za
chochlę i każdemu wlał słuszną porcję jego specjału.
Popatrzyłam wymownie na dzisiejszego szefa kuchni.
-
Żreć – warknął zdenerwowany i poszedł do kolejnego stolika.
Czasami
wydaje mi się, że wszyscy siedzący w tej stołówce to banda
dzieciuchów. Chociażby Darius, który podczas rozdawania posiłku
musiał podejść do swojego brata i strzelić mu karczycho. Jinx
byłaby chora, gdyby nie rzuciła we włosy Vi kawałkiem mięsa.
Żaden dzień nie należałby do normalności gdyby Kayle nie
zademonstrowała Morganie swoich wielkich skrzydeł, tym samym
doprowadzając ją do szewskiej pasji. Oczywiście przy posiłku nie
może zabraknąć kłótni Gankplanka i Miss Fortune o miejsce, która
zawsze kończy się skargą u dyżurnego na stołówce lub u Lux. A
Garen nigdy nie może trafić łyżką do ust, bo za bardzo ślini
się i gapi na Katarinę.
Tego
dnia jednak mieszkańcy naszej Stajni przeszli samych siebie.
Darius
i Draven po rozdaniu posiłków dosiedli się do swojego stolika i
zaczęli jeść, a Lux była zajęta wycieraniem swojemu bratu śliny
z brody i odgryzaniem się Fiorze docinkami, dlatego żadne z nich
nie zauważyło co wyrabia ta wariatka Jinx. Szybko uwinęła się z
posiłkiem i czmychnęła do kuchni. Zaraz potem dołączył do niej
Ezreal i zamknęli się na klucz. Długo nie wychodzili z
pomieszczenia, co bardzo mnie zainteresowało.
-
…dlatego miałem wtedy problem… - usłyszałam wyrwane zdanie
Kennena z kontekstu i poczułam jego szturchnięcie na ramieniu. -
Prawda, Annie?
-
Tak, prawda – odparłam szybko i znów zaczęłam obserwować drzwi
prowadzące do kuchni.
-
Jasne, a ostatnio założyłem twoją czapkę i kieckę, po czym
zgwałciłem twojego misia w głównym holu, swoimi krzykami
zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych w całym domu.
-
Oczywiś… Że co?! - spojrzałam na Kennena rozzłoszczona i o mało
nie przywołałam Tibbersa. - Coś ty…
-
Nie słuchałaś – przerwał mi Veigar. - Nic takiego nie miało
miejsca, przecież wiesz. Nie denerwuj się.
-
Wiem, wiem, przepraszam.
-
Na co się tak gapiłaś? - spytał Kennen, unosząc brew.
-
Na kuchnię. Ezreal i Jinx tam są.
-
No i co? Żarłoki są to pewno wrócili po dokładkę – odparła
Tristana i oparła nogi na blacie stołu.
-
Nie… jak ich znam to pewno coś kombinują.
-
Co się przejmujesz? Szamaj i się stąd zmywamy. Trzeba trochę
potrenować.
Spojrzałam
na swój talerz i stwierdziłam, że mimo, iż nie jadłam od rana,
to nie jestem głodna i nie tknę tego czegoś nigdy więcej. Żadna,
nawet najlepsza iluzja, nie pomogłaby temu czemuś, co jeszcze
jakimś cudem mnie nie zjadło, a nic, za nic w świecie nie
przekonałoby mnie, żebym zjadła choć jeszcze jeden kęs tej ochydnej brei, którą ktoś dla żartu nazwał jedzeniem.
-
Wiecie co, poczekam do kolacji. Cho…
Kątem
oka zauważyłam Jinx, która wychyla się znad blatu bufetowego z
wrednym uśmieszkiem na ustach. Potem usłyszałam mroczny głos
Karthusa.
-
Coś ty, wiedźmo, narobiła?! - Zawołał i od razu spojrzał na
Sorakę, wycierając z szat dzisiejszy obiad zmieszany z ciastem i
bitą śmietaną. - Czym ty żeś we mnie rzuciła?! Wiesz, jak
ciężko będzie to doprać?!
-
Ale to nie ja, truposzu! - Uzdrowicielka zerwała się ze swojego
miejsca. - Szukaj innego frajera!
-
To ciekawe niby kto jak nie ty?!
Zanim
Karthus zastanowił się, jakie będą konsekwencje jego czynu, wziął
talerz po swoim posiłku i rzucił w stronę Soraki. Ona nie była
taka głupia, na jaką wyglądała. Schyliła się, a talerz trafił
w plecy Pantheona.
-
O-oooo – powiedział Teemo i złapał się za kapelusz. - To znaczy
tylko jedno.
-
Masz rację – stwierdziłam. - Kłopoty.
-
Bitwa na żarcie!!! - Zawył Draven i resztę potrawki z kurczaka
pływającej w wielkim garze, wylał na Dariusa.
-
Ty idioto! - Zaryczał wielkolud, po czym podniosły się krzyki
wszystkich pozostałych jedzących.
My,
najmniejsi szybko schowaliśmy się pod stół i obserwowaliśmy całe
zajście.
Jinx
i Ezreal bombardowali wszystkich plackami z obiadu i bitej śmietany,
śmiejąc się przy tym do rozpuku. Zamknęli się dopiero, gdy
Twisted Fate przechwycił jeden z nich i trafił nim prosto w twarz
szurniętej szajbuski. Najlepiej zachowała się Sona, bo bez słowa
wyszła z sali, trzaskając drzwiami (trzeba przyznać, trochę
wredna to ja jestem). Miss Fortune wspięła się na filar, który
wspierał dach stołówki, niczym na maszt i zaczęła skrzeczeć z
góry jak papuga, komentując całe zajście. Anivia wyszła z tego
obronną ręką (albo skrzydłem) i zamieniła się w jajko, które
poturlało się pod grzejnik. Ślepy jak zaułek
Lee Sin, macając wszystkich i wszystko po kolei, przyparł do
ściany, po czym poszukał okna i wyskoczył przez nie, turlając się
po dachu. Vi doskoczyła do lady i zza niej wyciągnęła dwójkę
prowodyrów zajścia, tylko po to, by rzucić nimi o maszt Miss
Fortune i związać. Byli żywymi tarczami, dającymi popis swoich
wokalnych umiejętności za każdym razem, jak oberwali jakimś
plackiem.
Nie
wiem skąd, ale nagle znalazła się sterta jedzenia, którym można
było do woli się obrzucać. Z naszej małej paczki zostałam
jedynie ja, Amumu i Teemo i zastanawialiśmy się, jak to wszystko
przerwać. A sytuacja była naprawdę niebezpieczna i dziwna, skoro
nawet Mordekaiser i Volibear włączyli się do walki. Lux aż
kipiała ze złości i nadal wycierając się z resztek obiadu,
próbowała zaprowadzić spokój wśród wszystkich walczących. Jej
desperacka próba zakończyła się lądowaniem w kuble na obierki po
ziemniakach i marchewce. Potem Fiora ją tam zamknęła i podkręciła
zabawę, rzucając mielonym mięsem w twarz Wukonga. Niestety małpi
król nie należy do najcierpliwszych osób i szybko roztarł kiść
bananów w jej włosach, po czym postanowił towarzyszyć na górze
Miss Fortune. Po wspięciu się na filar uznał, że majtek na
bocianim gnieździe może być tylko jeden, dlatego zrobił z rudej
łowczyni nagród żywy pocisk i cisnął nim prosto w plecy
Nautilusa. Nieprzytomna dziewczyna osunęła się po jego plecach, a
przed stratowaniem uratowały ją Quinn i Kayle.
Z
każdą minutą robiło się coraz zabawniej. Kiedy zapasy żarcia
powoli się kończyły, zaczęły latać stoły, ławy i krzesła, a
potem nawet buty i sztućce. Yasuo ganiał Tarica z bakłażanem w
ręku, Zyra wygrażała się Sivir kozakiem Gankplanka, wrzeszcząc
na nią, jednak niedostatecznie głośno, bym zdołała usłyszeć
jakieś słowa przez cały zgiełk, Tresh owijał papierem toaletowym
skrzydła Morgany, Pantheon z okrągłym stołem, służącym mu jako
tarcza, szarżował na dziesiątkę zbitych w kupie osób, które
jako jedyne nie miały żadnych siniaków, Gragas dobrał się do
pomieszczenia z alkoholami i wrócił na pole bitwy w stanie co
najmniej ledwo przytomnym tylko po to, by Nasus rozbił mu na głowie
jego kufel, a Janna i Leona siedziały cicho w kącie i błagały
Słońce czy innych bogów, by ta farsa już się zakończyła.
Kiedy
miałam przywołać Tibbersa, wrota stołówki otworzyły się, a w
nich pojawił się nowy mieszkaniec. Mały, podobny do lisa z kłami
i czaszką ptaka na głowie, człowieczek z wielkimi uszami i
tobołkiem na ramieniu stanął w drzwiach i spojrzał na scenę.
Nikt nie zwracał na niego uwagi, dopóki ktoś nie rzucił w niego
jajkiem. Żółtko rozlało się po jego futerku, sklejając je w
nieprzyjemne strąki. Przybysz zrobił nabzdyczoną minę, po czym
błyskawicznie zmienił się w wielką bestię z ogromnymi kłami i
rąbnął łapskami w podłogę, przy czym zaryczał przeciągle,
szczerząc wszystkie swoje zębiska.
Wszyscy
stanęli jak wryci wpół ruchu i spojrzeli na przybysza. Każdy
powoli odłożył to, co miał w ręku, a ja sięgnęłam po swojego
misia. Gdyby ten obcy zaatakował, byłam w każdej chwili wysłać
Tibbersa, by nas obronił.
Ku
zaskoczeniu wszystkich, przybysz po stwierdzeniu, że wszyscy patrzą
się na niego, powrócił do swojej pierwszej postaci i zaszokowany,
zakrył pyszczek lewą dłonią. Potem sięgnął po tobołek i znów
oparł go sobie na ramieniu.
-
Oj – powiedział z miną niewiniątka i zaczął wiercić stopą
dziurę w podłodze. - Czasami tak mam jak się zdenerwuję,
przepraszam za kłopot.
Kubeł
z obierkami zatrząsł się, po czym z rumorem przewrócił na
ziemię. Vladimir szybko zdjął liny i zatrzaski, po czym pomógł
wydostać się śmierdzącej Lux z pojemnika. Podziękowała mu
krótkim skinieniem i podeszła do nowego.
-
Witaj, przybyszu! Na imię mi Lux i jestem tu, póki co, nadzorcą.
Yordl
popatrzył na swoją rozmówczynię dość nieprzychylnym okiem. Bo
jak tu traktować poważnie kogoś, kto we włosach ma dodatkowe
kosmyki zrobione z obierków po warzywach i śmierdzi
kilkumiesięcznym kompostem i nie jest Maokaiem?
- Miło mi. Jestem Gnar – skinął głową, bo jedyną sprawną
rękę miał zajętą.
-
Witaj w naszych skromnych progach. Zaprowadzę cię do twojego nowego
pokoju.
***
- No i co ja mam z wami zrobić, co?
Lux dreptała po swoim gabinecie, krążąc wokół siedzących na
krzesłach Ezreala i Jinx, którzy patrzyli w dół i chowali głowy
w ramionach. Pani światła trzymała swoją magiczną laskę i miała
nieskrywaną chęć uderzenia nią dwójkę prowodyrów dzisiejszej
bitwy.
- Przez was całe nasze miesięczne zapasy spływają teraz w
ściekach, stołówka to jedno wielkie pobojowisko, które nadaje się
jedynie do remontu, wszyscy mieszkańcy domu, zamiast trenować i
przygotowywać się do kolejnej rozgrywki, szorują ściany i
podłogę, próbując oczyścić ją z tego… czegoś, co
zaserwowali nam dzisiaj braciszkowie, nie wspominając o tym, jakiego
wstydu się przez was najadłam przed nowym współlokatorem! Po Jinx
czegoś takiego śmiało mogłabym się spodziewać, ale ty, Ezreal,
ty? Strasznie się na tobie zawiodłam. A myślałam, że jesteś
fajny i w porządku.
- Bo jestem! - zawołał chłopak, rumieniąc się. Spojrzał na
obrażoną koleżankę i szybko się wycofał. - Przepraszamy.
- Ale musisz przyznać, fajnie było, co? - powiedziała wesoło Jinx
i założyła ręce na karku.
- A weź ty się lepiej zamknij, pieprznięta wariatko! - Lux
nachyliła się nad nią i swoim spojrzeniem zdarła z twarzy
dziewczyny szeroki uśmiech. - Ty się lepiej na głowę idź leczyć,
a nie bierz za walki!
Lux wyprostowała się i usiadła na biurku. Rozmasowała palcami
skronie i napiła się wody.
- Dostaniecie karę. Wymierzam wam trzydzieści godzin nocnej warty i
pracy w toaletach, po pięćdziesiąt godzin pracy w polu, to
wszystko w wymiarze miesięcznym i macie sprzątać dom codziennie
przez cały następny miesiąc. Do tego macie zakaz wychodzenia do
Piltover, zabieram wam wasze bronie i zabawki, które osobiście będę
wam wydawać tylko na czas walk. Macie wszystkich przeprosić na
porannym apelu i obiecać, że to się już nie powtórzy.
Zrozumiano?
- Tak – odparł Ezreal pokornie.
Dyżurna zeskoczyła z biurka i wbijając obcas w udo Jinx,
przycisnęła jej krzesło, na którym beztrosko się bujała, do
ziemi.
- Zrozumiano? - powtórzyła pytanie.
- Tak! - Wrzasnęła szajbuska. - Bierz to kopyto! To boli, kretynko!
- Precz – zarządziła dziewczyna, kiedy stanęła za swoim
biurkiem.
Winni bez zastanowienia i słowa sprzeciwu wydreptali z pokoju, nie
oglądając się za siebie.
- A ty co tu robisz, Annie? - Lux zwróciła na mnie uwagę dopiero
po kilku minutach od wyjścia dwójki rozrabiaków. - Dlaczego nie
pomagasz w stołówce?
- Bo przyniosłam ci usprawiedliwienie do podpisania. Przez tą
awanturę nie zdążyłam na popołudniowe zajęcia w szkole.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz