niedziela, 10 sierpnia 2014

Stajnia Augiasza; opowiadanie #1: stołówka


Po trzecim zwycięstwie On zostawił nas w spokoju, a my nareszcie mogliśmy opuścić swoje klatki po siedmiu godzinach siedzenia w nich. Można klaustrofobii dostać. Każdy wrócił do swojego pokoju i zrzucił swój rynsztunek używany w walce. Ja zostałam w swojej fioletowej sukience i z Tibbersem pod pachą pobiegłam do pokoju Amumu.
Mieszkał w pomieszczeniu pod schodami, które służyło kiedyś za składzik. Chcieliśmy dobudować mu jakąś kwaterę na piętrze, ale nie zgodził się, mrucząc pod nosem, że bywało gorzej i takie małe pomieszczonko w zupełności mu wystarczy. Tuman jeden i pacan, ale nikt nie miał zamiaru się z nim sprzeczać, bo każdy wie, co się dzieje kiedy Amumu denerwuje się. Lub gorzej – smuci. Do tej pory ciarki mnie przechodzą.
 Zapukałam i wesoło przeskoczyłam nad progiem pokoju. Mój kolega odwrócił się i omiótł mnie przygaszonym spojrzeniem.
- Jak tam? - zapytałam pogodnie.
- A jak ma być? Znowu przesiedziałem w klatce całą rozgrywkę – spojrzał na mnie, a w jego oczach można było widzieć zakłopotanie. - Ale nie przejmuj się, przywykłem.
- Jasne, ty przywykłeś do wszystkiego i nie chcesz sprawiać kłopotu. Dlaczego ty taki jesteś?!
Amumu pokręcił głową i usiadł na łóżku. Spojrzał na mnie i poprawił bandaż na ręku.
- Czasami zapominam, jak młoda jesteś. Zapominam jak młody ja jestem. Albo stary…
W holu rozbrzmiał dzwon, który przerwał nam tą dziwną rozmowę.
- Chodź! Obiad mamy!
Złapałam Amumu za rękę i szarpnęłam nim. Pobiegłam korytarzem, ale zauważyłam, że mój kolega wydaje się być dość lekki. Odwróciłam się i zauważyłam, że on dopiero wyszedł z pokoju, trzymając się za ramię. Spojrzałam w dół i z przerażeniem stwierdziłam, że wyrwałam mu rękę w stawie. Pisnęłam przerażona i wypuściłam kończynę z dłoni, a pod wpływem impulsu wywołałam Tibbersa. Niedźwiedź zaczął ryczeć i zasłonił mnie swoim wielkim, półtonowym cielskiem. Odwagę by podejść miał jedynie Volibear, który złapał Tibbersa w barach i zaczął się z nim przepychać. Wokół nas zrobiło się małe zamieszanie. Wciągnęłam smarka, który zwisał mi z nosa i zaklęłam Tibbersa w pluszowego misia. Volibear, tracąc oparcie, przewrócił się, zataczając na Sonę, która – w przeciwieństwie do mnie – nawet nie pisnęła, patrząc z przerażeniem na upadającego na nią wielkiego miśka. W ostatniej chwili Blitzcrank przyciągnął ją do siebie, ratując jej życie. Lewe ramię Amumu znalazła Soraka i z triumfalnym okrzykiem połączyła je z resztą ciała właściciela.
- No dobrze, nic się nie stało – zawołała Lux i klasnęła w dłonie. - Idźcie wszyscy na obiad. Darius i Draven naharowali się w kuchni, zanim przyrządzili coś zjadliwego.
- I zanim cokolwiek ugotowali, zapewne zostawili w niej niezłe pobojowisko – zawołała Fiora z końca korytarza. - Ciekawe czyim geniaaalnym pomysłem było powierzenie kuchni tym dwóm pół mózgom i ciekawe kto wpisał mnie oraz Jaxa na wieczorny dyżur w kuchni i na stołówce, by posprzątali po tych dwóch braciszkach od siedmiu boleści i ugotowali kolację?
- Taki jest grafik i nie zamierzam go zmieniać, jasne? - odparła Lux z lekką irytacją.
- Jak słoneczko, promysiu.
Zanim dziewczyny skoczyły sobie do gardeł, między nimi pojawił się grzyb. Obydwie jakby zamienione w kamienne posągi zastygły z nogami wiszącymi nad zielonym kapeluszem i powoli wycofały się, mierząc wrogimi spojrzeniami. Dodatkowo Lux zniknęła za plecami Tarica i Garena, a Fiora została wzięta pod ramiona przez Dr Mundo i Gravesa.
Teemo zabrał swojego grzyba i podszedł do mnie i Amumu. Jedynie uśmiechnął się i dał mi kolejne ptasie piórko, tym razem niebieskie. Przyjęłam podarunek i we trojkę udaliśmy się na stołówkę.
W kantynie stało mnóstwo stołów i stolików, przy których wszyscy musieli się zmieścić. Yordle siedzieli zawsze przy wysokich stołach, by obsługujący nas dyżurni nie musieli się schylać. Ja jadałam zawsze z nimi, bo czułam się lepiej w towarzystwie kogoś, komu mogłam spojrzeć w oczy, a nie dekolt. Niektórzy dorośli (a zwłaszcza kobiety) nie rozumieli, że jestem jeszcze dzieckiem, a takie ciekawe widoki nie są dla moich młodziutkich oczu.
Do naszego stolika podszedł Darius w siatce na głowie i niebieskim fartuchu. Wyglądał przekomicznie ze swoją zwyczajną groźną miną, kiedy ustawiał talerze. Jego podopieczni dali nam sztućce, a większy Sługus podszedł z garem pełnym śmierdzącej starymi, przepoconymi skarpetami szarobrązowej brei. Darius złapał za chochlę i każdemu wlał słuszną porcję jego specjału. Popatrzyłam wymownie na dzisiejszego szefa kuchni.
- Żreć – warknął zdenerwowany i poszedł do kolejnego stolika.
Czasami wydaje mi się, że wszyscy siedzący w tej stołówce to banda dzieciuchów. Chociażby Darius, który podczas rozdawania posiłku musiał podejść do swojego brata i strzelić mu karczycho. Jinx byłaby chora, gdyby nie rzuciła we włosy Vi kawałkiem mięsa. Żaden dzień nie należałby do normalności gdyby Kayle nie zademonstrowała Morganie swoich wielkich skrzydeł, tym samym doprowadzając ją do szewskiej pasji. Oczywiście przy posiłku nie może zabraknąć kłótni Gankplanka i Miss Fortune o miejsce, która zawsze kończy się skargą u dyżurnego na stołówce lub u Lux. A Garen nigdy nie może trafić łyżką do ust, bo za bardzo ślini się i gapi na Katarinę.
Tego dnia jednak mieszkańcy naszej Stajni przeszli samych siebie.
Darius i Draven po rozdaniu posiłków dosiedli się do swojego stolika i zaczęli jeść, a Lux była zajęta wycieraniem swojemu bratu śliny z brody i odgryzaniem się Fiorze docinkami, dlatego żadne z nich nie zauważyło co wyrabia ta wariatka Jinx. Szybko uwinęła się z posiłkiem i czmychnęła do kuchni. Zaraz potem dołączył do niej Ezreal i zamknęli się na klucz. Długo nie wychodzili z pomieszczenia, co bardzo mnie zainteresowało.
- …dlatego miałem wtedy problem… - usłyszałam wyrwane zdanie Kennena z kontekstu i poczułam jego szturchnięcie na ramieniu. - Prawda, Annie?
- Tak, prawda – odparłam szybko i znów zaczęłam obserwować drzwi prowadzące do kuchni.
- Jasne, a ostatnio założyłem twoją czapkę i kieckę, po czym zgwałciłem twojego misia w głównym holu, swoimi krzykami zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych w całym domu.
- Oczywiś… Że co?! - spojrzałam na Kennena rozzłoszczona i o mało nie przywołałam Tibbersa. - Coś ty…
- Nie słuchałaś – przerwał mi Veigar. - Nic takiego nie miało miejsca, przecież wiesz. Nie denerwuj się.
- Wiem, wiem, przepraszam.
- Na co się tak gapiłaś? - spytał Kennen, unosząc brew.
- Na kuchnię. Ezreal i Jinx tam są.
- No i co? Żarłoki są to pewno wrócili po dokładkę – odparła Tristana i oparła nogi na blacie stołu.
- Nie… jak ich znam to pewno coś kombinują.
- Co się przejmujesz? Szamaj i się stąd zmywamy. Trzeba trochę potrenować.
Spojrzałam na swój talerz i stwierdziłam, że mimo, iż nie jadłam od rana, to nie jestem głodna i nie tknę tego czegoś nigdy więcej. Żadna, nawet najlepsza iluzja, nie pomogłaby temu czemuś, co jeszcze jakimś cudem mnie nie zjadło, a nic, za nic w świecie nie przekonałoby mnie, żebym zjadła choć jeszcze jeden kęs tej ochydnej brei, którą ktoś dla żartu nazwał jedzeniem.
- Wiecie co, poczekam do kolacji. Cho…
Kątem oka zauważyłam Jinx, która wychyla się znad blatu bufetowego z wrednym uśmieszkiem na ustach. Potem usłyszałam mroczny głos Karthusa.
- Coś ty, wiedźmo, narobiła?! - Zawołał i od razu spojrzał na Sorakę, wycierając z szat dzisiejszy obiad zmieszany z ciastem i bitą śmietaną. - Czym ty żeś we mnie rzuciła?! Wiesz, jak ciężko będzie to doprać?!
- Ale to nie ja, truposzu! - Uzdrowicielka zerwała się ze swojego miejsca. - Szukaj innego frajera!
- To ciekawe niby kto jak nie ty?!
Zanim Karthus zastanowił się, jakie będą konsekwencje jego czynu, wziął talerz po swoim posiłku i rzucił w stronę Soraki. Ona nie była taka głupia, na jaką wyglądała. Schyliła się, a talerz trafił w plecy Pantheona.
- O-oooo – powiedział Teemo i złapał się za kapelusz. - To znaczy tylko jedno.
- Masz rację – stwierdziłam. - Kłopoty.
- Bitwa na żarcie!!! - Zawył Draven i resztę potrawki z kurczaka pływającej w wielkim garze, wylał na Dariusa.
- Ty idioto! - Zaryczał wielkolud, po czym podniosły się krzyki wszystkich pozostałych jedzących.
My, najmniejsi szybko schowaliśmy się pod stół i obserwowaliśmy całe zajście.
Jinx i Ezreal bombardowali wszystkich plackami z obiadu i bitej śmietany, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Zamknęli się dopiero, gdy Twisted Fate przechwycił jeden z nich i trafił nim prosto w twarz szurniętej szajbuski. Najlepiej zachowała się Sona, bo bez słowa wyszła z sali, trzaskając drzwiami (trzeba przyznać, trochę wredna to ja jestem). Miss Fortune wspięła się na filar, który wspierał dach stołówki, niczym na maszt i zaczęła skrzeczeć z góry jak papuga, komentując całe zajście. Anivia wyszła z tego obronną ręką (albo skrzydłem) i zamieniła się w jajko, które poturlało się pod grzejnik. Ślepy jak zaułek Lee Sin, macając wszystkich i wszystko po kolei, przyparł do ściany, po czym poszukał okna i wyskoczył przez nie, turlając się po dachu. Vi doskoczyła do lady i zza niej wyciągnęła dwójkę prowodyrów zajścia, tylko po to, by rzucić nimi o maszt Miss Fortune i związać. Byli żywymi tarczami, dającymi popis swoich wokalnych umiejętności za każdym razem, jak oberwali jakimś plackiem.
Nie wiem skąd, ale nagle znalazła się sterta jedzenia, którym można było do woli się obrzucać. Z naszej małej paczki zostałam jedynie ja, Amumu i Teemo i zastanawialiśmy się, jak to wszystko przerwać. A sytuacja była naprawdę niebezpieczna i dziwna, skoro nawet Mordekaiser i Volibear włączyli się do walki. Lux aż kipiała ze złości i nadal wycierając się z resztek obiadu, próbowała zaprowadzić spokój wśród wszystkich walczących. Jej desperacka próba zakończyła się lądowaniem w kuble na obierki po ziemniakach i marchewce. Potem Fiora ją tam zamknęła i podkręciła zabawę, rzucając mielonym mięsem w twarz Wukonga. Niestety małpi król nie należy do najcierpliwszych osób i szybko roztarł kiść bananów w jej włosach, po czym postanowił towarzyszyć na górze Miss Fortune. Po wspięciu się na filar uznał, że majtek na bocianim gnieździe może być tylko jeden, dlatego zrobił z rudej łowczyni nagród żywy pocisk i cisnął nim prosto w plecy Nautilusa. Nieprzytomna dziewczyna osunęła się po jego plecach, a przed stratowaniem uratowały ją Quinn i Kayle.
Z każdą minutą robiło się coraz zabawniej. Kiedy zapasy żarcia powoli się kończyły, zaczęły latać stoły, ławy i krzesła, a potem nawet buty i sztućce. Yasuo ganiał Tarica z bakłażanem w ręku, Zyra wygrażała się Sivir kozakiem Gankplanka, wrzeszcząc na nią, jednak niedostatecznie głośno, bym zdołała usłyszeć jakieś słowa przez cały zgiełk, Tresh owijał papierem toaletowym skrzydła Morgany, Pantheon z okrągłym stołem, służącym mu jako tarcza, szarżował na dziesiątkę zbitych w kupie osób, które jako jedyne nie miały żadnych siniaków, Gragas dobrał się do pomieszczenia z alkoholami i wrócił na pole bitwy w stanie co najmniej ledwo przytomnym tylko po to, by Nasus rozbił mu na głowie jego kufel, a Janna i Leona siedziały cicho w kącie i błagały Słońce czy innych bogów, by ta farsa już się zakończyła.
Kiedy miałam przywołać Tibbersa, wrota stołówki otworzyły się, a w nich pojawił się nowy mieszkaniec. Mały, podobny do lisa z kłami i czaszką ptaka na głowie, człowieczek z wielkimi uszami i tobołkiem na ramieniu stanął w drzwiach i spojrzał na scenę. Nikt nie zwracał na niego uwagi, dopóki ktoś nie rzucił w niego jajkiem. Żółtko rozlało się po jego futerku, sklejając je w nieprzyjemne strąki. Przybysz zrobił nabzdyczoną minę, po czym błyskawicznie zmienił się w wielką bestię z ogromnymi kłami i rąbnął łapskami w podłogę, przy czym zaryczał przeciągle, szczerząc wszystkie swoje zębiska.
Wszyscy stanęli jak wryci wpół ruchu i spojrzeli na przybysza. Każdy powoli odłożył to, co miał w ręku, a ja sięgnęłam po swojego misia. Gdyby ten obcy zaatakował, byłam w każdej chwili wysłać Tibbersa, by nas obronił.
Ku zaskoczeniu wszystkich, przybysz po stwierdzeniu, że wszyscy patrzą się na niego, powrócił do swojej pierwszej postaci i zaszokowany, zakrył pyszczek lewą dłonią. Potem sięgnął po tobołek i znów oparł go sobie na ramieniu.
- Oj – powiedział z miną niewiniątka i zaczął wiercić stopą dziurę w podłodze. - Czasami tak mam jak się zdenerwuję, przepraszam za kłopot.
Kubeł z obierkami zatrząsł się, po czym z rumorem przewrócił na ziemię. Vladimir szybko zdjął liny i zatrzaski, po czym pomógł wydostać się śmierdzącej Lux z pojemnika. Podziękowała mu krótkim skinieniem i podeszła do nowego.
- Witaj, przybyszu! Na imię mi Lux i jestem tu, póki co, nadzorcą.
Yordl popatrzył na swoją rozmówczynię dość nieprzychylnym okiem. Bo jak tu traktować poważnie kogoś, kto we włosach ma dodatkowe kosmyki zrobione z obierków po warzywach i śmierdzi kilkumiesięcznym kompostem i nie jest Maokaiem?
- Miło mi. Jestem Gnar – skinął głową, bo jedyną sprawną rękę miał zajętą.
- Witaj w naszych skromnych progach. Zaprowadzę cię do twojego nowego pokoju.

***

- No i co ja mam z wami zrobić, co?
Lux dreptała po swoim gabinecie, krążąc wokół siedzących na krzesłach Ezreala i Jinx, którzy patrzyli w dół i chowali głowy w ramionach. Pani światła trzymała swoją magiczną laskę i miała nieskrywaną chęć uderzenia nią dwójkę prowodyrów dzisiejszej bitwy.
- Przez was całe nasze miesięczne zapasy spływają teraz w ściekach, stołówka to jedno wielkie pobojowisko, które nadaje się jedynie do remontu, wszyscy mieszkańcy domu, zamiast trenować i przygotowywać się do kolejnej rozgrywki, szorują ściany i podłogę, próbując oczyścić ją z tego… czegoś, co zaserwowali nam dzisiaj braciszkowie, nie wspominając o tym, jakiego wstydu się przez was najadłam przed nowym współlokatorem! Po Jinx czegoś takiego śmiało mogłabym się spodziewać, ale ty, Ezreal, ty? Strasznie się na tobie zawiodłam. A myślałam, że jesteś fajny i w porządku.
- Bo jestem! - zawołał chłopak, rumieniąc się. Spojrzał na obrażoną koleżankę i szybko się wycofał. - Przepraszamy.
- Ale musisz przyznać, fajnie było, co? - powiedziała wesoło Jinx i założyła ręce na karku.
- A weź ty się lepiej zamknij, pieprznięta wariatko! - Lux nachyliła się nad nią i swoim spojrzeniem zdarła z twarzy dziewczyny szeroki uśmiech. - Ty się lepiej na głowę idź leczyć, a nie bierz za walki!
Lux wyprostowała się i usiadła na biurku. Rozmasowała palcami skronie i napiła się wody.
- Dostaniecie karę. Wymierzam wam trzydzieści godzin nocnej warty i pracy w toaletach, po pięćdziesiąt godzin pracy w polu, to wszystko w wymiarze miesięcznym i macie sprzątać dom codziennie przez cały następny miesiąc. Do tego macie zakaz wychodzenia do Piltover, zabieram wam wasze bronie i zabawki, które osobiście będę wam wydawać tylko na czas walk. Macie wszystkich przeprosić na porannym apelu i obiecać, że to się już nie powtórzy. Zrozumiano?
- Tak – odparł Ezreal pokornie.
Dyżurna zeskoczyła z biurka i wbijając obcas w udo Jinx, przycisnęła jej krzesło, na którym beztrosko się bujała, do ziemi.
- Zrozumiano? - powtórzyła pytanie.
- Tak! - Wrzasnęła szajbuska. - Bierz to kopyto! To boli, kretynko!
- Precz – zarządziła dziewczyna, kiedy stanęła za swoim biurkiem.
Winni bez zastanowienia i słowa sprzeciwu wydreptali z pokoju, nie oglądając się za siebie.
- A ty co tu robisz, Annie? - Lux zwróciła na mnie uwagę dopiero po kilku minutach od wyjścia dwójki rozrabiaków. - Dlaczego nie pomagasz w stołówce?
- Bo przyniosłam ci usprawiedliwienie do podpisania. Przez tą awanturę nie zdążyłam na popołudniowe zajęcia w szkole.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz