W
Piltover jak zwykle panował ład i porządek. Caitlyn siedziała w
swoim gabinecie i popijając poranną kawę wypełniała stare
raporty. Ze znudzonym wzrokiem przeglądała zapisane od góry do
dołu kartki z zeznaniami i wynikami śledztw. Większości z tego
nie czytając, podpisywała i podbijała pieczątki. Nagle przez
radio odezwała się depozytorka.
Po
odebraniu wezwania, pani komendant zerwała się z krzesła i
wygrzebała z szafy swój mundur. Ubierając go, przełączyła fale
radia na częstotliwość Vi.
Pani
oficer właśnie mknęła na swym motorze po obwodnicy Piltover,
wracając z rutynowego patrolu, kiedy po prawej na małym ekranie
pojawił się komunikat o połączeniu z Caitlyn.
-
Strzelanina na rogu Alei Bohaterów i Ścieżki Młodości. Jedź to
sprawdź i zaprowadź tam porządek. Dołączę do ciebie na miejscu.
Zezwalam na użycie broni.
-
Przyjęłam.
Vi
gwałtownie zahamowała, robiąc na tylnym kole obrót o sto
osiemdziesiąt stopni i pojechała na najbliższy zjazd. Na małej,
wyświetlanej klawiaturze wpisała jedno imię.
Ezreal
był właśnie w starożytnych akweduktach ciągnących się pod
miastem i znalazł śliczny jadeit, kiedy odbiornik przy jego pasie
zawibrował. Odczepił go i nacisnął guzik.
-
Halo?
-
Tu Vi. Gdzie jesteś?
-
W Piltover. A właściwie – rozejrzał się po katakumbach i jego wzrok
przykuł ciekawy stalaktyt – pod nim. A o co chodzi?
-
Potrzebujemy wsparcia, a nie chcemy prosić Ich. Na rogu Alei
Bohaterów i Ścieżki Młodości wywiązała się strzelanina. Jak
szybko byłbyś w stanie tam dotrzeć?
-
Wyjdę stąd za jakieś dziesięć minut najbliższą studzienką, a
według moich map stamtąd nie jest daleko do wskazanego przez ciebie
miejsca. Kwadrans?
-
Dotrzesz tam w pięć minut i masz podwójną premię za ten miesiąc.
-
Tydzień i umowa stoi.
-
Niech ci będzie. Idź tam.
Ezreal
zakończył połączenie i w zawrotnym tempie zebrał wszystkie swoje
rzeczy i puścił się pędem przez podziemny korytarz. W radiu
przestawił częstotliwość i połączył się ze swoim starym
kumplem.
-
Corki? Masz chwilę? - zapytał, a raczej wywrzeszczał, dysząc.
Stary
yordl przewracając jakieś ustrojstwo w swojej pracowni, podniósł
słuchawkę.
-
A o co konkretnie chodzi?
-
Muszę dostać się na róg Alei Bohaterów i Ścieżki Młodości w
pięć minut a jestem w katakumbach miasta. Masz coś, co mi pomoże?
-
Nie, ale Heimerdinger ma. Zapytam.
W
słuchawce rozległo się dwukrotne, przeciągłe wołanie, potem
trzykrotne jeszcze głośniejsze i bardziej przeciągłe odpowiedzi.
Potem Ezreal był świadkiem jakiejś szamotaniny, po czym znów
usłyszał konstruktora.
-
Idź do lokalizacji siedemdziesiąt trzy północnej i dwadzieścia dwa wschodniej, stań na iksie i zaczekaj.
-
Dobra! To zaraz za tym przejściem.
Młody
odkrywca pobiegł wzdłuż korytarza i znalazł się w małej,
wydrążonej jamce. Na ziemi był stalowy znak iksa. Chłopak
posłusznie wykonał polecenie.
-
I co dalej?
-
Za trzy, dwa, jeden…
-
Ej, Corki, co ty…
Nim
zdążył dokończyć, wyrzutnia gruzu, na której stał, wystrzeliła
go w górę. Pokrywa nad jego głową otworzyła się dosłownie tuż
przed zderzeniem i Ezreal poszybował kilka metrów do góry.
Szczęśliwie wylądował w koszu na śmieci. Wyjmując ze spodni
skórkę od banana usłyszał odgłosy strzałów. Poszedł do końca
zaułka, w którym wylądował i znalazł się w samym centrum
gangsterskich porachunków.
W
Alei Bohaterów za dwoma przewróconymi samochodami kryło się
czterech mężczyzn, a na dachu przystanku autobusowego ruda
dziewczyna z ciężkim karabinem w ręku. Z niego pruła wszystko
dookoła, strzelając na oślep. Na jej szyi była uwiązana czarna
flaga z wizerunkiem białej czaszki i skrzyżowanych pod nią dwóch
kości piszczelowych. Byli w pozycji przygotowanej do odwrotu. Po
drugiej stronie sześć nacierających na nich osób, z rudą
dziewczyną na czele.
-
Co tych rudych się tyle zrobiło? - powiedział Ezreal do siebie i
nabił kuszę.
Kiedy
wymierzył z broni zastanawiał się, do kogo ma strzelać, kto tu
jest dobry, a kto zły. Uznał, że skoro wszyscy strzelają, to
wszyscy są źli. Nim wystrzelił, ruda z karabinem zauważyła go.
-
Psy! - wrzasnęła. - Te suki zaraz tu będą. Kończcie to.
Ruda
z karabinem zastrzeliła tą drugą rudą, a mężczyźni rozliczyli
się między sobą. Ścigany gang uciekł, im Ezreal zdążył
wychynąć z kryjówki, a ci postrzeleni, uciekli w popłochu
trzymając się za poranione części ciała i wlekąc za sobą swoją
towarzyszkę.
Nim
Caitlyn i Vi dotarły na miejsce, po strzelaninie zostało jedynie pobojowisko i kilka
niewinnych ofiar. Podsumowawszy straty różowo włosa policjantka zaczęła kląć jak
szewc, a jej przełożona zbierała poszlaki.
Kiedy
pomocnik policji pojawił się na skrzyżowaniu, Vi doskoczyła do
niego i złapała za kołnierz.
-
I gdzie żeś był?! - zapytała, wylewając na niego wszystkie swoje uczucia, począwszy na furii, skończywszy na smutku.
-
Dotarłem tu w pięć minut, ale i tak było już za późno. Jedna z
nich zauważyła mnie i, o dziwo, wiedziała kim jestem. Zwinęła
się ze swoją bandą nim zdążyłem zareagować.
-
Dobra – Vi puściła go i wyprostowała koszulę. - I tak byłeś
tu wcześniej niż my. Dzięki za pomoc.
-
Niewiele zrobiłem.
-
Ale wiele widziałeś – wtrąciła się Caitlyn i podeszła do
nich. - Co tu zaszło?
Ezreal,
pokazując wszystko dłonią, bardzo dokładnie opisał to, co
zaobserwował.
-
Dwie rude? Jedna z piracką banderą. - Caitlyn zanotowała. - A
druga?
-
Miała rude włosy i była ubrana w krótki płaszcz. Tyle zapamiętałem.
Była wściekła, na serio. A ta druga… - spojrzał wymownie na Vi.
- Była do ciebie podobna. I to bardzo. W pewnej chwili pomyślałem,
że to…
-
Nawet nie próbuj, ćwoku, kończyć – policjantka
powstrzymała go gestem dłoni – bo oberwiesz. Mam alibi – dodała
pod ciężarem spojrzenia przełożonej.
-
Przecież nic nie mówię. Nawet bym cię nie podejrzewała.
Dziękujemy ci, Ezrealu, jesteś wolny. My musimy zebrać zeznania.
Z
relacji innych świadków dziewczyny dowiedziały się niewiele
więcej niż od Ezreala. Jeden ze świadków powiedział, że to ci z
piracką banderą zaczęli. Byli gonieni i w końcu odpowiedzieli
strzałami. Z zeznań jakiegoś dziecka wynikało, że w powietrzu
fruwały jakieś śmieszne rakiety, co od razu funkcjonariuszki
potraktowały jako wyolbrzymienie i abstrakcję. Dowiedziały się
także, że jeden z tych od rudej piratki miał szramę biegnącą
przez całą twarz. Ponoć obie były przywódczyniami swoich band i
używały ciężkiej broni palnej.
Vi
i Caitlyn siedziały na komisariacie do trzeciej nad ranem, ślęcząc
nad zebranymi dowodami i analizując fakty.
-
Z tego wszystkiego nasuwa się jeden wniosek – oznajmiła Vi,
wycierając oczy. - I nie wypieraj tego dłużej.
-
Ale co ona miałaby robić w Piltover? Ma tu jakieś interesy? No i
ona nie jest żadnym tam piratem.
-
A kto inny pasuje ci do opisu bardziej niż Sarah?
-
No nie wiem. Wiesz co, padamy na twarze. Zostawmy to na jutro. Dzisiaj
i tak już nic nie wskóramy.
Vi
wróciła na komisariat sześć godzin później tylko po to, by
zrobić sobie kawę z mlekiem, upić z niej dwa małe łyki, odstawić
ją na półkę wiszącą przy jej stanowisku pracy, a następnie położyć
się na biurku i usnąć.
Caitlyn
obudziła ją dwie godziny później, szarpiąc za sterczące z tyłu
jej głowy dredy.
-
Ale co? Ja nie śpię… - wybełkotała Vi i spojrzała na
wyglądającą jak ludzkie zombie panią komendant. - Widzę, że też
się wyspałaś.
-
Zamknij japę i wracaj do roboty! Z tego co pamiętam masz jechać do
jubilera i zbadać miejsce kradzieży.
-
Jayce pojechał. Daj mi spokój. - I jej głowa z wielkim hukiem
opadła na dębowy, lakierowany blat.
Caitlyn
zasłoniła żaluzje w oknach swojego gabinetu i poszła w ślady
swojej podwładnej. Obudził ją nagły telefon. A do żywych
wróciła, kiedy odwiesiła słuchawkę na widełki.
-
VAAAAAAIIIIIII! Do MNIEEEEE!
Pani
oficer zerwała się jak poparzona, wylała na swój mundur zimną
kawę i przeskoczywszy biurko jednym, zwinnym susem, pobiegła
niemalże w podskokach do pani komendant.
-
Dostałam cynk od naszego informatora. Dzisiaj w nocy, w kasynie
„Łuna” odbędzie się licytacja drogocennej i bardzo rzadkiej
biżuterii. Jednym z przedmiotów będzie sznur smoczych pereł. Mówi
ci to coś?
-
Włam na jubilera… I wszystko jasne. Bo gdzie indziej opędzlować
lewe błyskotki jak na czarnym rynku dla burżujów? Wiesz, Cait, mam
dziwne przeczucie, że sprawa tej strzelaniny jest z tym w jakiś
sposób powiązana i sama się rozwiąże, w toku. Co robimy?
-
Musimy zorganizować obławę i przejąć tą biżuterię. Ale do
tego będzie nam potrzebna wtyka w kasynie.
-
Masz kogoś na myśli?
Caitlyn
uśmiechnęła się łajdacko.
***
-
Nie wierzę, że kazałaś wbić mi się w garnitur pod groźbą
zwolnienia z pracy!
Vi
poprawiała właśnie klapy swojej białej marynarki, kiedy Caitlyn
smęciła jej do słuchawki, którą miała w uchu.
-
Wiesz, że to dla dobra sprawy. Musimy namierzyć tych złodziei i
odbudować naszą nadszarpniętą reputację. Na strzelaninie się
nie popisałyśmy.
-
No dobra, ale dlaczego Ezreal ze mną idzie? Jayce nie mógł?
-
O niego się nie martw, pewno się jeszcze spotkacie. Ezreal na pewno
nie będzie ci przeszkadzał, a Ich nie chciałam prosić o pomoc.
-
Masz jakieś szczegóły?
-
Tylko tyle, że znakiem licytujących jest czarna róża. Wczep ją
sobie do butonierki czy coś.
-
Załatwi się. Zostańmy w kontakcie.
Vi
wsiadła na swój motor i pojechała do kasyna „Łuna” starając
się nie myśleć o całej akcji. Zaparkowała dwie ulice dalej i
poszła na miejsce. Dostała się bezproblemowo i w tłumie odnalazła
swojego towarzysza.
Ezreal
stał przy barze i flirtował z jakąś ładną brunetką, sącząc
kolorowego drinka. Kiedy zauważył Vi, zbladł. Dziewczyna odwróciła
się i szybko się zmyła, zauważywszy kobietę.
-
Witaj Lorna! - przywitał się, używając jej konspiracyjnego
imienia. - Fajnie wyglądasz. Jak nie ty.
-
A ty też zachowujesz się inaczej niż zwykle. Ciekawe co Promyś
powie…
Ezreal
zarumienił się i odwrócił wzrok.
-
Wyluzuj – policjantka klepnęła go przyjacielsko w ramię, a ku
zdziwieniu Ezreala, nie zatoczył się czy też nie stracił czucia.
Po chwili zauważył, że Vi nie ma swoich rękawic.
-
Zostały w domu, odpoczywają. Zresztą, są moją wizytówką.
Zaraz… - przyjrzała mu się dokładniej. - Dlaczego masz nie tą
różę?
-
Jak to nie tą? - spytał chłopak z zaskoczeniem.
-
Miała być czarna, a nie różowa – syknęła wprost do jego ucha, kładąc rekę na jego piersi tuż pod kieszonką z kwiatem.
-
Bo ta róża – wyjął z butonierki różowy kwiat i włożył go
do kieszonki swojej towarzyszki, jednocześnie wyjmując czarny –
jest dla pani, a ta dla mnie – uśmiechnął się i puścił do
niej oczko, przypinając kwiat. - A pani mogę jedynie zaoferować to
– zza pleców wyjął spinkę z czarną różą i wpiął ją we
włosy Vi. - Wyglądasz ślicznie. Jak zwykle.
-
Ale się z ciebie Casanova zrobił, wystarczyło cię w gajer wbić.
Chodźmy, szkoda czasu.
Odeszli
od baru, zostawiając zdziwioną starszą panią z rozpuszczonym
kokiem.
Vi
skierowała się do stolika z ruletką, a Ezreal postanowił
spróbować szczęścia w grze w kości. Kobieta rozglądała się w
poszukiwaniu jakichś rudych istot krzątających się po sali lub
innych podejrzanych jednostek.
Około
godziny dwudziestej trzeciej podeszła do niej młoda dziewczyna o
rozbieganym spojrzeniu. Spojrzała na jej różę we włosach i
butonierce. Vi wzrokiem wskazała tę we włosach. Kelnerka
rozchmurzyła się.
-
Szampana?
-
Bardzo chętnie.
Vi
przyjęła kieliszek, a po chwili, na stronie, rozwinęła małą
karteczkę, którą dziewczyna wetknęła do dłoni przy podawaniu
kieliszka.
00:00
sala 214
Kobieta
zniszczyła kartkę i zerknęła na swojego kolegę, który zerował
kieliszek. To znaczyło, że już wiedział. Od tamtej pory unikali
się i robili wszystko, aby nikt ich ze sobą nie skojarzył. O
wskazanej godzinie podeszli pod wybraną salę. Stało tam
kilkanaście kobiet w średnim wieku, a każda z nich, łasa na
piękne i drogie błyskotki, wyglądała jak harpia gotowa zagryźć
swoje rywalki. Vi dostrzegła w tłumie Shyvannę i szybko odwróciła
się do niej plecami. Kątem oka dostrzegła też Morganę i Elise,
które o czymś żywo dyskutowały. Każda z nich z czarną różą w
elemencie ubioru.
Kiedy
zegar w holu głównym wybił północ, niosąc potężne echo po
całym budynku, drzwi do sali 214 otworzyły się. Vi nigdzie się
nie spieszyło. Poczekała aż większość uczestników aukcji, w
tym Ezreal, wejdą do środka. Kiedy wchodziła do sali, zauważyła
dziewczynę w białej, zwiewnej sukience i opaską z piórkami
przepasającą jej złote włosy. Stała pod ścianą i rozmawiała z
jakimś mężczyzną. Spojrzała na Vi. Ich spojrzenia skrzyżowały
się.
To
ona – pomyślały
obydwie. Blondynka lekko uśmiechnęła się do policjantki i
spojrzała na swojego rozmówcę, dając jej do zrozumienia, że jest
wolna.
Vi
weszła na salę i pierwsze, co zrobiła poszła do baru i zamówiła
dwie setki czystej wódki. Po oczyszczeniu umysłu, rozejrzała się
po sali. W rzeczywistości było to drugie, mini-kasyno. Na sali
stały cztery stoły, do pokera, BlackJacka, ruletka i do gry w
kości, w kątach kilka automatów i bar. A wszystko było urządzone
bardzo elegancko, w złotych i bordowych barwach. Ezreal grał w
kości, więc podeszła do stołu z pokerem.
-
Jayce dał mi znać, że na zewnątrz coś się dzieje. Jakaś panna i
kilku ludzi wyszli tylnym wyjściem z budynku. Bądźcie ostrożni –
powiedziała Caitlyn w jej słuchawce.
-
Blondynka? - szepnęła Vi, przyciskając ucho.
-
Nie, ruda.
Vi
usiadła na krześle barowym i poczekała, aż krupier roztasuje
karty. Gdy podniósł głowę zauważyła, że to nie kto inny jak
ten stary drań Twisted Fate. Rozdając, krupier spojrzał na nią.
Nim zdążył coś powiedzieć, Vi zatrzymała go krótkim, niemalże
błagalnym gestem. Zamilkł nim się odezwał.
Po
przegraniu kilku partyjek, policjantka poszła przejść się po
sali. Nim dołączyła do kolejnej gry w BlackJacka, aukcjoner
rozpoczął aukcję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz