niedziela, 17 sierpnia 2014

Opowiadanie #2: Spotkanie po latach cz. 1

W Piltover jak zwykle panował ład i porządek. Caitlyn siedziała w swoim gabinecie i popijając poranną kawę wypełniała stare raporty. Ze znudzonym wzrokiem przeglądała zapisane od góry do dołu kartki z zeznaniami i wynikami śledztw. Większości z tego nie czytając, podpisywała i podbijała pieczątki. Nagle przez radio odezwała się depozytorka.
Po odebraniu wezwania, pani komendant zerwała się z krzesła i wygrzebała z szafy swój mundur. Ubierając go, przełączyła fale radia na częstotliwość Vi.
Pani oficer właśnie mknęła na swym motorze po obwodnicy Piltover, wracając z rutynowego patrolu, kiedy po prawej na małym ekranie pojawił się komunikat o połączeniu z Caitlyn.
       - Co jest?
- Strzelanina na rogu Alei Bohaterów i Ścieżki Młodości. Jedź to sprawdź i zaprowadź tam porządek. Dołączę do ciebie na miejscu. Zezwalam na użycie broni.
- Przyjęłam.
Vi gwałtownie zahamowała, robiąc na tylnym kole obrót o sto osiemdziesiąt stopni i pojechała na najbliższy zjazd. Na małej, wyświetlanej klawiaturze wpisała jedno imię.
Ezreal był właśnie w starożytnych akweduktach ciągnących się pod miastem i znalazł śliczny jadeit, kiedy odbiornik przy jego pasie zawibrował. Odczepił go i nacisnął guzik.
- Halo?
- Tu Vi. Gdzie jesteś?
- W Piltover. A właściwie – rozejrzał się po katakumbach i jego wzrok przykuł ciekawy stalaktyt – pod nim. A o co chodzi?
- Potrzebujemy wsparcia, a nie chcemy prosić Ich. Na rogu Alei Bohaterów i Ścieżki Młodości wywiązała się strzelanina. Jak szybko byłbyś w stanie tam dotrzeć?
- Wyjdę stąd za jakieś dziesięć minut najbliższą studzienką, a według moich map stamtąd nie jest daleko do wskazanego przez ciebie miejsca. Kwadrans?
- Dotrzesz tam w pięć minut i masz podwójną premię za ten miesiąc.
- Tydzień i umowa stoi.
- Niech ci będzie. Idź tam.
Ezreal zakończył połączenie i w zawrotnym tempie zebrał wszystkie swoje rzeczy i puścił się pędem przez podziemny korytarz. W radiu przestawił częstotliwość i połączył się ze swoim starym kumplem.
- Corki? Masz chwilę? - zapytał, a raczej wywrzeszczał, dysząc.
Stary yordl przewracając jakieś ustrojstwo w swojej pracowni, podniósł słuchawkę.
- A o co konkretnie chodzi?
- Muszę dostać się na róg Alei Bohaterów i Ścieżki Młodości w pięć minut a jestem w katakumbach miasta. Masz coś, co mi pomoże?
- Nie, ale Heimerdinger ma. Zapytam.
W słuchawce rozległo się dwukrotne, przeciągłe wołanie, potem trzykrotne jeszcze głośniejsze i bardziej przeciągłe odpowiedzi. Potem Ezreal był świadkiem jakiejś szamotaniny, po czym znów usłyszał konstruktora.
- Idź do lokalizacji siedemdziesiąt trzy północnej i dwadzieścia dwa wschodniej, stań na iksie i zaczekaj.
- Dobra! To zaraz za tym przejściem.
Młody odkrywca pobiegł wzdłuż korytarza i znalazł się w małej, wydrążonej jamce. Na ziemi był stalowy znak iksa. Chłopak posłusznie wykonał polecenie.
- I co dalej?
- Za trzy, dwa, jeden…
- Ej, Corki, co ty…
Nim zdążył dokończyć, wyrzutnia gruzu, na której stał, wystrzeliła go w górę. Pokrywa nad jego głową otworzyła się dosłownie tuż przed zderzeniem i Ezreal poszybował kilka metrów do góry. Szczęśliwie wylądował w koszu na śmieci. Wyjmując ze spodni skórkę od banana usłyszał odgłosy strzałów. Poszedł do końca zaułka, w którym wylądował i znalazł się w samym centrum gangsterskich porachunków.
W Alei Bohaterów za dwoma przewróconymi samochodami kryło się czterech mężczyzn, a na dachu przystanku autobusowego ruda dziewczyna z ciężkim karabinem w ręku. Z niego pruła wszystko dookoła, strzelając na oślep. Na jej szyi była uwiązana czarna flaga z wizerunkiem białej czaszki i skrzyżowanych pod nią dwóch kości piszczelowych. Byli w pozycji przygotowanej do odwrotu. Po drugiej stronie sześć nacierających na nich osób, z rudą dziewczyną na czele.
- Co tych rudych się tyle zrobiło? - powiedział Ezreal do siebie i nabił kuszę.
Kiedy wymierzył z broni zastanawiał się, do kogo ma strzelać, kto tu jest dobry, a kto zły. Uznał, że skoro wszyscy strzelają, to wszyscy są źli. Nim wystrzelił, ruda z karabinem zauważyła go.
- Psy! - wrzasnęła. - Te suki zaraz tu będą. Kończcie to.
Ruda z karabinem zastrzeliła tą drugą rudą, a mężczyźni rozliczyli się między sobą. Ścigany gang uciekł, im Ezreal zdążył wychynąć z kryjówki, a ci postrzeleni, uciekli w popłochu trzymając się za poranione części ciała i wlekąc za sobą swoją towarzyszkę.
Nim Caitlyn i Vi dotarły na miejsce, po strzelaninie zostało jedynie pobojowisko i kilka niewinnych ofiar. Podsumowawszy straty różowo włosa policjantka zaczęła kląć jak szewc, a jej przełożona zbierała poszlaki.
Kiedy pomocnik policji pojawił się na skrzyżowaniu, Vi doskoczyła do niego i złapała za kołnierz.
- I gdzie żeś był?! - zapytała, wylewając na niego wszystkie swoje uczucia, począwszy na furii, skończywszy na smutku.
- Dotarłem tu w pięć minut, ale i tak było już za późno. Jedna z nich zauważyła mnie i, o dziwo, wiedziała kim jestem. Zwinęła się ze swoją bandą nim zdążyłem zareagować.
- Dobra – Vi puściła go i wyprostowała koszulę. - I tak byłeś tu wcześniej niż my. Dzięki za pomoc.
- Niewiele zrobiłem.
- Ale wiele widziałeś – wtrąciła się Caitlyn i podeszła do nich. - Co tu zaszło?
Ezreal, pokazując wszystko dłonią, bardzo dokładnie opisał to, co zaobserwował.
- Dwie rude? Jedna z piracką banderą. - Caitlyn zanotowała. - A druga?
- Miała rude włosy i była ubrana w krótki płaszcz. Tyle zapamiętałem. Była wściekła, na serio. A ta druga… - spojrzał wymownie na Vi. - Była do ciebie podobna. I to bardzo. W pewnej chwili pomyślałem, że to…
- Nawet nie próbuj, ćwoku, kończyć – policjantka powstrzymała go gestem dłoni – bo oberwiesz. Mam alibi – dodała pod ciężarem spojrzenia przełożonej.
- Przecież nic nie mówię. Nawet bym cię nie podejrzewała. Dziękujemy ci, Ezrealu, jesteś wolny. My musimy zebrać zeznania.
Z relacji innych świadków dziewczyny dowiedziały się niewiele więcej niż od Ezreala. Jeden ze świadków powiedział, że to ci z piracką banderą zaczęli. Byli gonieni i w końcu odpowiedzieli strzałami. Z zeznań jakiegoś dziecka wynikało, że w powietrzu fruwały jakieś śmieszne rakiety, co od razu funkcjonariuszki potraktowały jako wyolbrzymienie i abstrakcję. Dowiedziały się także, że jeden z tych od rudej piratki miał szramę biegnącą przez całą twarz. Ponoć obie były przywódczyniami swoich band i używały ciężkiej broni palnej.
Vi i Caitlyn siedziały na komisariacie do trzeciej nad ranem, ślęcząc nad zebranymi dowodami i analizując fakty.
- Z tego wszystkiego nasuwa się jeden wniosek – oznajmiła Vi, wycierając oczy. - I nie wypieraj tego dłużej.
- Ale co ona miałaby robić w Piltover? Ma tu jakieś interesy? No i ona nie jest żadnym tam piratem.
- A kto inny pasuje ci do opisu bardziej niż Sarah?
- No nie wiem. Wiesz co, padamy na twarze. Zostawmy to na jutro. Dzisiaj i tak już nic nie wskóramy.
Vi wróciła na komisariat sześć godzin później tylko po to, by zrobić sobie kawę z mlekiem, upić z niej dwa małe łyki, odstawić ją na półkę wiszącą przy jej stanowisku pracy, a następnie położyć się na biurku i usnąć.
Caitlyn obudziła ją dwie godziny później, szarpiąc za sterczące z tyłu jej głowy dredy.
- Ale co? Ja nie śpię… - wybełkotała Vi i spojrzała na wyglądającą jak ludzkie zombie panią komendant. - Widzę, że też się wyspałaś.
- Zamknij japę i wracaj do roboty! Z tego co pamiętam masz jechać do jubilera i zbadać miejsce kradzieży.
- Jayce pojechał. Daj mi spokój. - I jej głowa z wielkim hukiem opadła na dębowy, lakierowany blat.
Caitlyn zasłoniła żaluzje w oknach swojego gabinetu i poszła w ślady swojej podwładnej. Obudził ją nagły telefon. A do żywych wróciła, kiedy odwiesiła słuchawkę na widełki.
- VAAAAAAIIIIIII! Do MNIEEEEE!
Pani oficer zerwała się jak poparzona, wylała na swój mundur zimną kawę i przeskoczywszy biurko jednym, zwinnym susem, pobiegła niemalże w podskokach do pani komendant.
- Dostałam cynk od naszego informatora. Dzisiaj w nocy, w kasynie „Łuna” odbędzie się licytacja drogocennej i bardzo rzadkiej biżuterii. Jednym z przedmiotów będzie sznur smoczych pereł. Mówi ci to coś?
- Włam na jubilera… I wszystko jasne. Bo gdzie indziej opędzlować lewe błyskotki jak na czarnym rynku dla burżujów? Wiesz, Cait, mam dziwne przeczucie, że sprawa tej strzelaniny jest z tym w jakiś sposób powiązana i sama się rozwiąże, w toku. Co robimy?
- Musimy zorganizować obławę i przejąć tą biżuterię. Ale do tego będzie nam potrzebna wtyka w kasynie.
- Masz kogoś na myśli?
Caitlyn uśmiechnęła się łajdacko.

***

- Nie wierzę, że kazałaś wbić mi się w garnitur pod groźbą zwolnienia z pracy!
Vi poprawiała właśnie klapy swojej białej marynarki, kiedy Caitlyn smęciła jej do słuchawki, którą miała w uchu.
- Wiesz, że to dla dobra sprawy. Musimy namierzyć tych złodziei i odbudować naszą nadszarpniętą reputację. Na strzelaninie się nie popisałyśmy.
- No dobra, ale dlaczego Ezreal ze mną idzie? Jayce nie mógł?
- O niego się nie martw, pewno się jeszcze spotkacie. Ezreal na pewno nie będzie ci przeszkadzał, a Ich nie chciałam prosić o pomoc.
- Masz jakieś szczegóły?
- Tylko tyle, że znakiem licytujących jest czarna róża. Wczep ją sobie do butonierki czy coś.
- Załatwi się. Zostańmy w kontakcie.
Vi wsiadła na swój motor i pojechała do kasyna „Łuna” starając się nie myśleć o całej akcji. Zaparkowała dwie ulice dalej i poszła na miejsce. Dostała się bezproblemowo i w tłumie odnalazła swojego towarzysza.
Ezreal stał przy barze i flirtował z jakąś ładną brunetką, sącząc kolorowego drinka. Kiedy zauważył Vi, zbladł. Dziewczyna odwróciła się i szybko się zmyła, zauważywszy kobietę.
- Witaj Lorna! - przywitał się, używając jej konspiracyjnego imienia. - Fajnie wyglądasz. Jak nie ty.
- A ty też zachowujesz się inaczej niż zwykle. Ciekawe co Promyś powie…
Ezreal zarumienił się i odwrócił wzrok.
- Wyluzuj – policjantka klepnęła go przyjacielsko w ramię, a ku zdziwieniu Ezreala, nie zatoczył się czy też nie stracił czucia. Po chwili zauważył, że Vi nie ma swoich rękawic.
- Zostały w domu, odpoczywają. Zresztą, są moją wizytówką. Zaraz… - przyjrzała mu się dokładniej. - Dlaczego masz nie tą różę?
- Jak to nie tą? - spytał chłopak z zaskoczeniem.
- Miała być czarna, a nie różowa – syknęła wprost do jego ucha, kładąc rekę na jego piersi tuż pod kieszonką z kwiatem.
- Bo ta róża – wyjął z butonierki różowy kwiat i włożył go do kieszonki swojej towarzyszki, jednocześnie wyjmując czarny – jest dla pani, a ta dla mnie – uśmiechnął się i puścił do niej oczko, przypinając kwiat. - A pani mogę jedynie zaoferować to – zza pleców wyjął spinkę z czarną różą i wpiął ją we włosy Vi. - Wyglądasz ślicznie. Jak zwykle.
- Ale się z ciebie Casanova zrobił, wystarczyło cię w gajer wbić. Chodźmy, szkoda czasu.
Odeszli od baru, zostawiając zdziwioną starszą panią z rozpuszczonym kokiem.
Vi skierowała się do stolika z ruletką, a Ezreal postanowił spróbować szczęścia w grze w kości. Kobieta rozglądała się w poszukiwaniu jakichś rudych istot krzątających się po sali lub innych podejrzanych jednostek.
Około godziny dwudziestej trzeciej podeszła do niej młoda dziewczyna o rozbieganym spojrzeniu. Spojrzała na jej różę we włosach i butonierce. Vi wzrokiem wskazała tę we włosach. Kelnerka rozchmurzyła się.
- Szampana?
- Bardzo chętnie.
Vi przyjęła kieliszek, a po chwili, na stronie, rozwinęła małą karteczkę, którą dziewczyna wetknęła do dłoni przy podawaniu kieliszka.
00:00 sala 214
Kobieta zniszczyła kartkę i zerknęła na swojego kolegę, który zerował kieliszek. To znaczyło, że już wiedział. Od tamtej pory unikali się i robili wszystko, aby nikt ich ze sobą nie skojarzył. O wskazanej godzinie podeszli pod wybraną salę. Stało tam kilkanaście kobiet w średnim wieku, a każda z nich, łasa na piękne i drogie błyskotki, wyglądała jak harpia gotowa zagryźć swoje rywalki. Vi dostrzegła w tłumie Shyvannę i szybko odwróciła się do niej plecami. Kątem oka dostrzegła też Morganę i Elise, które o czymś żywo dyskutowały. Każda z nich z czarną różą w elemencie ubioru.
Kiedy zegar w holu głównym wybił północ, niosąc potężne echo po całym budynku, drzwi do sali 214 otworzyły się. Vi nigdzie się nie spieszyło. Poczekała aż większość uczestników aukcji, w tym Ezreal, wejdą do środka. Kiedy wchodziła do sali, zauważyła dziewczynę w białej, zwiewnej sukience i opaską z piórkami przepasającą jej złote włosy. Stała pod ścianą i rozmawiała z jakimś mężczyzną. Spojrzała na Vi. Ich spojrzenia skrzyżowały się.
To ona – pomyślały obydwie. Blondynka lekko uśmiechnęła się do policjantki i spojrzała na swojego rozmówcę, dając jej do zrozumienia, że jest wolna.
Vi weszła na salę i pierwsze, co zrobiła poszła do baru i zamówiła dwie setki czystej wódki. Po oczyszczeniu umysłu, rozejrzała się po sali. W rzeczywistości było to drugie, mini-kasyno. Na sali stały cztery stoły, do pokera, BlackJacka, ruletka i do gry w kości, w kątach kilka automatów i bar. A wszystko było urządzone bardzo elegancko, w złotych i bordowych barwach. Ezreal grał w kości, więc podeszła do stołu z pokerem.
- Jayce dał mi znać, że na zewnątrz coś się dzieje. Jakaś panna i kilku ludzi wyszli tylnym wyjściem z budynku. Bądźcie ostrożni – powiedziała Caitlyn w jej słuchawce.
- Blondynka? - szepnęła Vi, przyciskając ucho.
- Nie, ruda.
Vi usiadła na krześle barowym i poczekała, aż krupier roztasuje karty. Gdy podniósł głowę zauważyła, że to nie kto inny jak ten stary drań Twisted Fate. Rozdając, krupier spojrzał na nią. Nim zdążył coś powiedzieć, Vi zatrzymała go krótkim, niemalże błagalnym gestem. Zamilkł nim się odezwał.
Po przegraniu kilku partyjek, policjantka poszła przejść się po sali. Nim dołączyła do kolejnej gry w BlackJacka, aukcjoner rozpoczął aukcję.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz