sobota, 13 września 2014

Opowiadanie #2: Spotkanie po latach cz.2

     Wszyscy zeszli po schodkach na dół i zajęli miejsca na kinowych krzesłach ustawionych w stronę sceny, na której stały gabloty poprzykrywane ciemnymi tkaninami. Aukcjoner wszedł na scenę i złapał za mikrofon.
    - Witam was wszystkich na mojej aukcji, zorganizowanej z pomocą kilku wspaniałych ludzi! - zawołał wesoło. - Dzisiejszymi przedmiotami będzie głównie biżuteria, ale także znalazło się kilka sztuk broni dla kolekcjonerów. Liczę na najlepsze dla państwa stawki i na zaciętą rywalizację, bo niektóre są tego doprawdy warte.
   
    Pierwszym przedmiotem jest ta cudnie wysadzana broszka z wizerunkiem głowy lwa. Wykonana jest z najszlachetniejszego złota najwyższej próby, przyozdobiono ją głównie rubinami, ale oko kociaka jest szafirowe. Waży sto pięćdziesiąt gram. Cena wywoławcza to dwieście sztuk srebra!
    Aukcja trwała, a Vi i Ezreal robili zdjęcia przedmiotom i zwycięzcom aukcji, aresztowania zaczną się kolejnego dnia, bo niektórzy z nich, na przykład Nidalee, która wygrała broszkę, są doskonale wszystkim znani.
    Każda licytacja przebiegała bardzo spokojnie, a o żaden przedmiot nie było walki. Może te kradzione błyskotki nie były wystarczająco cenne dla tych wielbicieli ryzyka i aukcji. Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy wystawiono najcenniejszy przedmiot.
     - Teraz, moi mili państwo, to, na co wszyscy czekali – mężczyzna ściągnął na napierśnika czarny materiał i cisnął w kąt. - Piękne, niepowtarzalne i najwspanialsze smocze perły. Każda z nich rożni się od swojej sąsiadki niemalże diametralnie i każda z nich zachwyca swoją gracją i wdziękiem. Sto pięćdziesiąt, czarno-białych paciorków różnej wielkości nawleczonych na złotą nitkę zwieńczone największą, czerwono-złotą perłą wielkości orzecha. To nie byle wisiorek dla nie byle kobiety. Ten wspaniały przedmiot powinien być bezcenny, ale tylko u nas kosztuje on jedynie pięćset sztuk złota. Kto da więceeeeej?!
   Kobiety rozkrzyczały się, podnosząc stawkę dwu, trzy, czterokrotnie. Uspokoiły się dopiero, kiedy wartość osiągnęła dziesięć tysięcy sztuk złota. Niektóre wycofały się, a inne, takie ja Shyvanna, które pragnęły sznura jak nikt inny na tym świecie, walczyły dalej. Stawka stanęła dopiero na piętnastu tysiącach.
     - Dwadzieścia tysięcy.
    Aukcjoner wybałuszył oczy i spojrzał na przedmiot aukcji.
    - Dobrze, dwadzieścia tysięcy od pani z piórkami i zielonym oczkiem na głowie. Będą pani pasowały do tych, które ma pani na szyi.
    - Dziękuję, lubię perły. Zwłaszcza piękne perły – zaszczebiotała i spojrzała an Vi z łajdackim uśmiechem na twarzy.
   Po tej ofercie zostały tylko najwytrwalsze weteranki. Shyvanna wycofała się po dwudziestu pięciu tysiącach, pani z piórkami tez już nie mogła licytować, dlatego wygrała pani, która zaoferowała dwadzieścia siedem tysięcy osiemset sztuk złota. Szczęśliwa posiadaczka wbiegła na scenę i od razu przymierzyła piękny zakup. Każdy jej gratulował i bił brawo. 
     Aukcja skończyła się i wszyscy wyszli do właściwego kasyna. Vi odnalazła Ezreala i ściągnęła na bok.
    - Zwijamy się stąd. Musimy ściągnąć te perły, teraz. Znajdź Jayce'a, ja poinformuję Caitlyn. Spotkamy się na tyłach.
    Chłopak przyjął rozkaz i od razu udał się do głównej sali, gdzie ostatnio widział swojego znajomego. Cale szczęście nadal tam był. Jayce, król wieczoru, rozmawiał z dwiema młodymi ślicznotkami i leniwie popijał drinki z wysokich szklanek o różnych kształtach. Ezreal skinął na niego, a on, jak gdyby nigdy nic, porzucił swoje towarzyszki i udał się za nim.
    - Jak aukcja? - zapytał pierwszy.
   - Źle. Wszystko się sprzedało, a zwłaszcza te perły, o które jest tyle szumu. Najprawdopodobniej są własnością prywatną lub muzeum. Musimy je przejąć dzisiaj. Szykuj się do akcji. Spotkamy się z tylu kasyna. Wyjdź drzwiami dla służby.
    Ezreal wywinął się i pomknął do wyjścia, zostawiając Jayce'a samego. Przeprosił swoje koleżanki, dopił alkohol i każdą z nich pocałował czule w dłoń.  Zgodnie z instrukcją znalazł się na tyłach lokalu po kilku minutach. Tam czekali an niego Ezreal i Vi, która paliła papierosa. 
    - Co robimy? - spytał po dołączeniu do towarzyszy.
    - Caitlyn i kilku innych policjantów obstawia kasyno. Wrócisz tam razem z Ezrealem i będziecie czekać na kobietę ze sznurem smoczych pereł na szyi. Jeśli którys z was ją zauwazy, daje nam znać, kiedy będzie wychodziła. My ją przejmiemy i zabierzemy te perły. One są dzisiaj najważniejsze, resztą zajmiemy się jutro. Zrozumieliście?
    - Tak jest. - powiedzieli i wrócili do środka.
   Vi została na zewnątrz i poszła się przejść dookoła budynku, wyglądając kobiety z piórkami na głowie. Nim zdążyła obejść kasyno, dostała rozkaz. Zaczaiła się przy głównym wyjściu, w bocznej uliczce i poczekała, aż matrona wyjdzie. Razem ze swoim partnerem zmierzała do samochodu. Vi poszła za nimi.
    - Witam, możemy porozmawiać? - zagaiła pogodnie.
   Kobieta z perłami na szyi przyjrzała się funkcjonariuszce od stóp do głów.
    - Proszę mi wybaczyć, śpieszymy się.
    - Ale ja nalegam. Ładne perły.
    - A dziękuję. Chce pani o nich porozmawiać?
   - Tak. Na komisariacie. - Vi wyciągnęła odznakę i szybko ją schowała po okazaniu jej. - aspirant Vi, komenda główna w Piltover. Jesteście zatrzymani pod zarzutem handlu kradzionym towarem. Proszę tu poczekać.
    Caitlyn i dwóch chłopaków z komisariatu przyjechali radiowozem i zapakowali już nie tak szczęśliwych właścicieli legendarnego przedmiotu. Po chwili dołączyli do nich Jayce i Ezreal. Wsiedli na pakę i pojechali na posterunek.
    Jechali tak przez piętnaście minut wsłuchani e wrzaski i tłumaczenia kobiety, jej lamenty, narzekania, nawet płacze, dopóki nie przerwał jej dźwięk przedziurawionych opon. Samochód wpadł w poślizg i przewrócił się. Na dachu pojazdu pojawiły się dziury po kulach wypuszczonych z karabinu maszynowego. Vi straciła przytomność, Ezreal nie miał przy sobie swojej kuszy, a Jayce nigdzie nie mógł znaleźć nawet najmniejszego pistoletu czy czegoś innego mogącego służyć za broń. Caitlyn prowadziła i była zaklinowana w swoim siedzeniu kierowcy. Jej chłopcy z posterunku wyskoczyli z samochodu i zaczęli strzelać do kogoś, kogo nawet dobrze nie widzieli. Dostali kolbą pistoletu w głowę i zostali ogłuszeni. Kobieta krzyczała wniebogłosy, a jej mąż nawet nie próbował jej uspokoić. Ezreal próbował wydostać się z samochodu, ale to było na nic, drzwi zostały od wewnątrz zaklinowane. 
    Nagle ktoś zaczął pruć w magazynek z karabinu maszynowego. Wszyscy w środku pochowali się po kątach mimo iż niewiele to by dało, gdyby kule przeszły na wylot. Ktoś mocnym szarpnięciem otworzył pakę i od razu strzelił do prawie wszystkich tam stojących osób, raniąc je w mniejszy lub większy sposób. Mąż kobiety dostał w głowę, więc raczej nie mógł tego przeżyć, Jayce cztery kulki w brzuch, Ezreal w kolana i barki. Jedyną  niedraśniętą osobą była zatrzymana dama. Osoba, która strzelała, podeszła do niej i mierząc w głowę, zdjęła z niej pożądany tego wieczoru przez wszystkich przedmiot.
   Vi powoli odzyskiwała świadomość. Kiedy otworzyła oczy, obok niej leżał ledwie żywy Jayce, naprzeciwko dziurawy jak sito Ezreal. Zauważyła jak ktoś stoi ze sznurem pereł w ręku, po tym strzela. Usłyszała upadające na ziemię ciało i kroki tej osoby i jedno, jedyne zdanie usłyszane, jakby zza grubej ściany:
     - Robota skończona chłopaki, zwijamy się.

*** 

    Lux odwiesiła słuchawkę telefonu na widełki i pomasowała palcami skronie. Usiadła na biurku i spojrzała na swoją ekipę.
    - Chłopaki, jest robota – oznajmiła.
Garen, do tej pory wiszący do góry nogami na miękkim skórzanym fotelu, odłożył paletkę pingpongową z uwiązaną do niej czerwoną piłeczką na ziemię i usiadł jak na członka Komandosów przystało. Galio oddał Gankplankowi jego szable, a Jarvan IV i Xin Zhao odłożyli kije bilardowe. Każdy zwrócił uwagę na swoją przełożoną i skoncentrował się na tym, co zaraz miała przekazać.
     - Policjantki nawaliły. Wszyscy z posterunku, Caitluyn, Vi, nawet Jayce i Ezreal, leżą w szpitalu. Wracali z akcji w kasynie i dorwali ich ci od tych skradzionych smoczych pereł. Chłopaki, żarty się skończyły, sprawa skradzionej ze sklepu jubilerskiego biżuterii trafia w nasze ręce.
    - Nie sadzisz, że takimi duperelami powinien zająć się inny posterunek, niekoniecznie my? - spytał Jarvan i usiadł na stole jedną nogą. - Gdybyśmy mieli zajmować się każdym okradzionym sklepem to musielibyśmy nie spać?
   - Nie rozumiesz, że tu w grę wchodzi nie byle jaki sklep i nie pierwsi lepsi podrzędni kieszonkowcy? To terroryści! - Lux rąbnęła pięścią w stół. - I skrzywdzili naszych przyjaciół. Musimy odnaleźć tych, którzy ich napadli. A także aresztować uczestników aukcji. Galio, pojedziesz na komisariat Caitlyn i zabierzesz stamtąd jej komputer. Powinny być na nim zdjęcia wszystkich wczorajszych kupców.
    - Tak jest! - zawołał Komandos i wybiegł z gabinetu.
    - Gangplank i Xin Zhao – poczekacie na Galio i razem z nim zaczniecie aresztowania i zajmiecie biżuterię.
    - Rozkaz! - zawołali i z mniejszym entuzjazmem opuścili pokój. 
    - A wy – wskazała Garena i Jarvana - jedziecie ze mną.
  Cała trójka pojechała czarnym kabrioletem pod szpital miejski. Lux kazała zaczekać chłopakom w samochodzie i sama udała się do środka. Na recepcji dowiedziała się, że Vi – najmniej pokiereszowana w starciu – leży na sali 297. Liczyła na to, że wyciągnie z niej cokolwiek na temat nieudanej akcji. Dotarła na oddział intensywnej terapii i zapytała, czy może odwiedzić koleżankę. Nie było przeciwwskazań, tylko pielęgniarka kazała założyć jej jednorazowy fartuch. 
   Lux zajrzała przez okienko i zauważyła zwinięta w pozycji embrionalnej kołdrę. Pomyślała, że Vi śpi. Trudno, najwyżej ją obudzi. Zapukała lekko i weszła do pokoju.
    - Hej Vi. Śpisz? Chciałam z tobą porozmawiać… Vi?
   Dziewczyna złapała za kołdrę i stwierdziła, że pod nią leżą zwinięte piżamy szpitalne oraz poduszka, kaczka i poplątane wenflony od kroplówki. Włączyła słuchawkę przyczepioną do prawego ucha.
    - Chłopaki, mamy problem. Vi działa na własna rękę...

*** 

    Policjantka była właśnie w drodze do wieży zegarowej, w której Jinx wprost uwielbiała przesiadywać, kiedy zadzwonił jej telefon. 
    O kuźwa – pomyślała, zauważywszy, kto dzwoni.
    - Czego chcesz? - warknęła Vi do słuchawki. - Nikt nie prosił was o pomoc.
    - Nie działaj sama, do jasnej cholery! - wrzasnęła Lux z drugiej strony. - Zresztą sprawa jest zbyt…
   Funkcjonariuszka rozłączyła się zirytowana Jej gadką i skupiła się na drodze. Na ekranie wyświetlały się wiadomości pisane na szybko i z dużą ilością literówek, między innymi „twoje zachowanie jest skandaliczne!”, „pójdziesz pod sąd wojskowy!”.
    - To chyba nie wiesz, dziewczynko, kim ja jestem – mruknęła do siebie. - Bo jestem VI! I wywrzeszczała swoje imię i wjechała między budynki.
   Vi przejechała przez główną promenadę miasta i przeskoczyła nad długimi schodami. Podjechała pod wieżę zegarową i zaparkowała, ostro hamując. Rękawicami rozwaliła wejście i wspięła się po schodkach, bez przystanku docierając na ostatnie piętro.
   - Jak jebana księżniczka w swojej pieprzonej wieży… - powiedziała i obróciła kolejne drzwi wraz z framugą w perzynę.
    Jinx siedziała przy stoliku i nakręcała swoją ulubiona zabawkę : małpkę z ruchomymi talerzami. Kątem oka zerknęła na wściekłą Vi i uśmiechnęła się. Szczerze.
     - Witaj, dawnośmy się nie widziały...
    - Och, zamknij się. Nie przyszłam tu na pogaduchy! - walnęła hextechową rękawicą w ścianę, robiąc w niej sporą dziurę. - Gdzie te perły?
     - Nie wiem o czym…
     - Gadaj, gdzie one kurwa są! - ryknęła Vi i szarpnęła ją za dwa, niebieskie warkocze.
     - Weź mnie zostaw! To boli!
     - To mów, gdzie są.
     - Nie mam ich. Zwinęłam je dla klienta i zgarnęłam za nie sporo hajsu, swoją drogą.
     - Gówno mnie to obchodzi. Komu je sprzedałaś?
   - Chyba cię nieźle popieprzyło po tym wypadku, skoro sadzisz, że ci powiem – Jinx roześmiała się głośnym, skrzekliwym śmiechem.
     - Mów! - Vi szarpnęła jej włosami i przewróciła się razem z krzesłem na podłogę.
    Jinx powoli wstała i rozmasowała bolącą skórę głowy. Zacisnęła zęby i gniewnie spojrzała na policjantkę, po czym na twarz wrócił jej ten sam, szalony wyraz. Usiadła na stole i zaczęła machać nogami. Wzięła małpkę w swoje drobne dłonie i znów ją nakręciła.
     - Powiesz coś? - spytała Vi po chwili milczenia.
    Cisza.
     - Jinx. Zacznij gadać. Może dostaniesz mniejszy wyrok. 
    Cisza.
     - Nie naciągaj mojej cierpliwości.
   - Moja już się skończyła, wielka łapo. Wypieprzaj stąd! - Zza paska wyjęła nietypowy dla niej mały pistolet i przystawiła do czoła swojego nieproszonego gościa. - Długo mam czekać?
    Na schodach rozległy się stalowe kroki i zdeformowany przez megafon głośny głos Lux:
    - Jesteście zatrzymane! Macie prawo zachować milczenie!
    - Chyba ty, frajerko!
   Jinx postawiła małpkę na stole i zaczęła strzelać talerzami w momencie, w którym Galio i Garen pojawili się w drzwiach. Niebieskowłosa złapała swoja bazookę i wystrzeliła z niej Rybcię. Nim odleciała, wskoczyła na nią i wyleciała przez dziurę w dachu.
    - Jiiinx! - Zawołała Vi i wyskoczyła za nią przez dziurę.
    Lecąc w dół uznała, że to mógł być błąd.
    Nim skończyła jako przecier na ulicy, przypomniała sobie, że zabrała Anioła Stróża.
    Po krótkim, agonalnym bólu, zdającym się być nie do zniesienia, podniosła się i otrzepała z kurzu. Śledząc wzrokiem małą kropkę na niebie, wsiadła na motor i pojechała za nią.
   Rybcia wylądowała w dachu mennicy Piltover, a jej właścicielka na małym, ozdobnym balkoniku, potem na schodach otaczających budynek ze wszystkich stron. Ku jej oczekiwaniom jej rywalka pojawiła się po kilku minutach.
    - Ach, wspomnień dawnych czar, co wielka łapo? - spytała Jinx, rozkładając ręce.
    - Weź nie przypominaj – burknęła i wskoczyła na ostatni stopień. Stanęły twarzą w twarz.
  Nagle za plecami Jinx pojawiło się czterech mężczyzn w wieku od trzydziestu do czterdziestu lat. Najstarszy z nich miał na twarz paskudną, źle zrośniętą szramę, deformującą kącik jego lewego oka i policzek. Vi zbladła, widząc ich.
  - Nie będą nam przeszkadzać w naszej zabawie. To tylko płotki i ty doskonale o tym wiesz – niebieskowłosa jędza uśmiechnęła się, obnażając dziąsła. - Oj uspokój się, tylko ich pożyczyłam. Zresztą, irytują mnie, bo cały czas mówią „Vi zrobiłaby to inaczej” Vi to, Vi śmo. A co mnie to obchodzi? Jestem Jinx! A ty to wielka łapa!
    Vi doskoczyła do niej i wymierzyła potężny cios w twarz, którego przeciwniczka uniknęła. Zaatakowała jeszcze dwa razy, ale widząc, że Jinx ma przewagę pod względem szybkości, postanowiła więcej pracować na nogach. Niebieskowłosa zawołała, a któryś z jej pachołków podał jej karabin maszynowy. Zaczęła z niego strzelać tuż pod nogi policjantki. Ona, w chaotycznych podskokach, omijała je najlepiej, jak tylko potrafiła. Vi wybiła się i, robiąc salto, znalazła się tuż przed chudą wiedźmą. Wytrąciła jej z rąk karabin jednym pacnięciem rękawicy i kopnęła ją w piszczel, potem kolanem uderzyła w brzuch. Jinx zgięła się, ale na pewno nie z bólu. Pochyliwszy się, złapała Vi wbrew pozorom w silnym, zapaśniczym uścisku i zepchnęła ją ze schodów. Złapała za bazookę. Wymierzyła i wystrzeliła w stronę Vi Rybcię. Różowo włosa w ostatniej chwili przeturlała się na bok i zasłoniła dłońmi głowę. Wstała i chwiejąc się, weszła po schodach. Ostatkiem sił przypuściła szarżę na Jinx i błyskawicznie wymierzyła jej prawy sierpowy, wybijając ją w górę. Ściągnęła ją na dół i wbiła w ziemię. Ledwie przytomna Jinx podniosła się bardzo powoli. Wytarła wierzchem dłoni krew z kącika ust i złapała za swoją kolejną zabawkę w kształcie rekina, po czym ją odrzuciła. Zacisnęła ręce w pięści i podniosła gardę. Wiedziała, że z Vi nie ma szans, ale wolała spróbować swoich sił i zginąć niż dać się złapać. Obydwie były wykończone walką i ledwie żywe, ale zdawały sobie sprawę, że któraś z nich dzisiaj zginie. Ruszyły na siebie i zawarły się w silnym uścisku. Vi złapała Jinx za ramię, unieruchamiając jej cały staw, oraz za kolorowy stanik. Jinx szarpnęła jej włosami i przydusiła, ściągając skórzany naszyjnik policjantki w ręku. Zanim oficer zmiażdżyła jej łopatkę, a kryminalistka udusiła przeciwniczkę, rozległy się strzały. Obie odwróciły głowy w kierunku hałasu.
    U stóp mennicy stała Miss Fortune. Miała na sobie krotki płaszcz w fioletowe prążki, a na głowie kapelusz z małym rondem. Mierzyła do walczących z dwóch Tommy-gunów. 
     - Sarah, co ty tu robisz? - spytała Vi i momentalnie puściła Jinx. Poczuła także luz na szyi. - Odłóż to, na pewno nie chcesz ich…
     - Stul pysk, dziwko! - ryknęła i strzeliła pod ich stopy. - Ta sprawa dotyczy mnie. I tylko mnie! Koniec tej zabawy, suki. Nie mogę pozwolić, aby któraś z was zginęła w tej bijatyce. Co najwyżej ja was pozabijam. - dodała po chwili. - Gadajcie, gdzie są perły?
     - Smocze perły? - spytała Vi z zaskoczeniem. - A co ci do nich?
   - One są moje! Ta wariatka mi je ukradła, a potem założyła rudą perukę na głowę i zawiązała sobie piracką banderę na szyi, żeby mnie tylko wkurzyć…
    Vi spojrzała na Jinx z politowaniem.
    - No co? To było śmieszne…
    - Wcale nie! A teraz mów, gdzie one są?
    - Chyba cię pojebało, dziewczynko – zaśmiała się. I dostała kulkę w ramię.
   Jinx zaskowyczała z bólu, a miss Fortune pokazała, że wcale nie żartuje.
   - Dlaczego tak bardzo ci na nich zależy? - spytała Vi spokojnie. - Dlaczego dla jakichś koralików ranisz ludzi?
   - Odszczekaj to albo pożegnasz się z tymi swoimi łapkami – warknęła. - To jedyna pamiątka po mojej mamie, a ta suka mi je ukradła! Gadaj, gdzie je masz!
    - W wieży, pod stropem, ty ruda szmato!
    - Hola, zaraz, ty nie możesz ot tak sobie po nie iść. Najpierw musimy przejąć je my, potem spiszemy…
    - Zamknij mordę i mnie nawet nie denerwuj!
    - …Albo pominiemy je w naszym raporcie. Zostaw mnie w spokoju a zapomnę o tych błyskotkach.
    - Dobra – wreszcie opuściła bronie i zagwizdała.
   Zza rogu wyjechał Vladimir na motorze, a za nim przyszli Twitch, który złowieszczo machał stalowym łańcuchem, Brand z biczem w ręku, Graves ze swoim wielkim obrzynem, Gragas uzbrojony w elektryczną pałkę i Jax z kijem baseballowym nabitym gwoździami. Nie wyglądali zbyt przyjaźnie. 
    - Wiecie, nic do was nie mam, ale musicie ponieść karę. Sucha wariatka za kradzież moich bezcennych pereł i ich chamską sprzedaż za nędzne grosze, a mściwa posterunkowa za swoją nieudolność. - podeszła do motoru i wsiadła na niego. - Chłopcy, dajcie im nauczkę.
    Kierowca oddał jej kask i pocałował w dłoń, po czym wrzucił bieg i odjechał.
    A dziewczyny po raz pierwszy podziękowały Komandosom za to, że żyją.
    Zaraz po tym, jak Miss Fortune i Vladimir odjechali, na miejscu pojawiła się Lux ze swoimi chłopakami. Zobaczywszy wandali, wywiązała się ostra i zacięta bitwa, w czasie której Jinx uciekła na swojej Rybci, a Vi została uwięziona w świetlnej klatce.
    - Pod sąd, panienko – szepnęła do jej ucha Lux. - Pod sąd.

2 komentarze:

  1. Kiedy następne opowiadanie? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To uczucie, kiedy chcesz przeczytać następną część, lecz jej nie ma, a wtedy okazuje się, że ostatni update był prawie dwa lata temu ;__;

    OdpowiedzUsuń